REKLAMA:

Nowe dzieła Janusza Kuleszy

kultura
03.01.2016 r., godz. 07.00
Przedstawiamy najnowsze wiersze oraz opowiadania zambrowskiego poety-pisarza Janusza Kuleszy, które autor dostarczył do naszej redakcji.

O Ziemi Zambrowskiej
Z tej garści ziemi jestem ulepiony
Którą użyźniał mój dziad swym potem
Która swym chlebem wykarmiła ojca
Za którą żołnierz wrześniowy poległ
Tutaj ujrzałem kiedyś światło dzienne
Przeszło szmat czasu, wyrosły mi skrzydła
Ta ziemia skryje kiedyś moje kości
I nie zapomni swojego syna

Ojcu Janowi Górze
Góra górze nie jest równa
Z Janem żadna się nie zrówna

Modlitwa o śnieg
Daj nam Boże polską zimę
Zaspy śnieżne, tęgi mróz
Niech w tej bieli się narodzi
Syn Twój Jezus zbawca dusz
Ulepimy mu bałwanka
Domek igloo, zaśpiewamy
Wszyscy razem jednym głosem
Witaj Jezu ukochany ...

autor dedykuje ten wiersz koledze Józkowi Orłowskiemu

***
Odejdź na dobre z tego padołu
Nie trzaskać drzwiami, nie robić wyrzutów
Samemu sobie, Bogu nie złorzeczyć
Zostawić tylko ślady swoich butów
Po których pójdą następni do celu
Który przyświecał nam tutaj w nadziei
Że kiedyś inny ktoś dzieła dokończy
I ten świat cały na dobre odmieni

Do Bogusławy
Jeśli się miłość nam dwojgu przytrafi
Nam co pół wieku mamy za sobą
Nie młode skronie z lekka posiwiałe
To niech ta chwila nas porwie ze sobą
A serca nasze tym faktem zdziwione
Niechaj zagrają jak wtedy w młodości
One skrywają pierwsze uniesienie
A nas niech porwie pragnienie miłości

***
Ja kocham te pola, chaty kryte strzechą
Jaskółcze gniazdo ulepione w trudzie
Ślad końskich kopyt odciśniętych w polu
Wierzbę co rankiem przegląda się w strudze
Tęczę co spina dwa krańce świata
Chłopa co siedzi pod gruszą znużony
Orkę co ziemie pobudza do życia
I powiew wiatru, jak motyla dotyk

O tym jak Jan Gawęcki sprzedał dwa lewe buty
Rodzina Gawęckich jest w Zambrowie znana. Fach szewski przechodził tu z ojca na syna. Nieżyjący Jan Gawęcki uczył się jego przed wojną u jednego z łomżyńskich żydów. Po wojnie zaprzestał, bowiem zajął się handlem. To lepiej się opłacało niż reperacja butów. Przysłowie „lepszy handelek, niż złoty rubelek” miało tu swoje odzwierciedlenie. Jeździł po targach, kupował, sprzedawał. Nie było przy tym utrudnień. Bowiem w lasach grasowała wtedy partyzantka. Nierzadko handlarze musieli płacić im kontrybucję. Tak było w przypadku jednego watażki, którego nazwano „Szalonym Staśkiem”. Targi odbywały się w różnych miejscach – Łomża, Jedwabne, Rutki, Szumowo. Na jednym z nich Jan Gawęcki kupił dwa lewe gumowe buty. Jeździł z nimi po targach, lecz nie było na nie amatora. Pewnego dnia podczas jednego z targów podszedł do niego chłopina z zapytaniem „Czy ma pan gumiaki”. Gawęcki odpowiedział „Mam, ale lewe”. Wszyscy wiedzieli, że większość towaru pochodzi z lewego obiegu, ludzie bowiem jeździli na ziemie odzyskane trudniąc się przy tym szabrownictwem, co było zresztą karane. Wiedział o tym dobrze ów chłop. „Rozumiem, mogą być lewe”. Gawęcki zawinął w papier owe lewe gumiaki, rozejrzał się dokoła, po czym wręczył je chłopu wziąwszy za nie zapłatę. Kiedy spotkał go ów chłop kilka tygodni później na targu, dał mu taką reprymendę, jakiej świat nie widział: że go oszukał, że jest nieuczciwy. Na to mu Gawęcki odrzekł: „Przecież Ci stary durniu mówiłem, że są lewe, a ty kurde je wziąłeś i za nie zapłaciłeś. Czego jeszcze chcesz?”.
Jan Gawęcki miał wykształcenie podstawowe, ale umiał dobrze czytać i miał lekką rękę do pisania. Nie był zbyt silny, ale uchodził za człowieka sprytnego. Pewnego dnia po wojnie postanowił wybrać się autobusem do Łomży. Wiadomo ścisk, pisk, nie uświadczysz miejsca siedzącego, ale od czego jest głowa. Zgiął ręce w łokciach, rozczapierzając przy tym szeroko palce. Taki wsiadł do autobusu. Kiedy ujrzała go pewna kobieta, bardzo szybko ustąpiła mu miejsca. Pomyślała sobie inwalida wojenny. Kiedy Gawęcki rozsiadł się wygodnie na siedzeniu, ta zapytała go „Pan pewno do lekarza jedzie”. Na to Gawęcki jej odrzekł: „Nie proszę Pani, jadę do Łomży kupić żonie stanik, a ręce tak trzymam, bo wziąłem z niej miarę”. Śmieszne to, ale prawdziwe. Życie niesie wiele historii, które umierają wraz z ludźmi. Te jednak pozostaną wiecznie żywe.

Bohaterski czyn Czesława Endzla
Był sierpień roku 1944. Wojska sowieckie, a konkretnie oddziały 343. Dywizji Piechoty (3. Armia 2. Frontu Białowieskiego) rozpoczęły bój o wyzwolenie Zambrowa. Na wieży kościoła pod wezwaniem Trójcy Przenajświętszej znajdował się niemiecki punkt obserwacyjny. To dzięki niemu Niemcy mogli skutecznie kierować ostrzał pozycji sowieckich wojsk. Właśnie owe wieże stały się głównym celem artylerii sowieckiej, która była rozlokowana w okolicach wsi Wdziękoń II. Jeden z żołnierzy sowieckich za drugim razem trafił w nie, czym się potem chwalił. Celny strzał wywołał pożar nie tylko wież, ale i wnętrza kościoła. Płonęły ławki i to wszystko, co było łatwopalne. W owej chwili wpadł do kościoła mieszkający w przykościelnym domu parafialnym grabarz Czesław Endzel. W ostatniej chwili wyniósł z płonącego kościoła monstrancję i puszkę na komunikanty. Później wraz z proboszczem ks. Aleksandrem Srzednickim bardzo długo przechowywali to co najcenniejsze przed sowiecką grabieżą. Czesław Endzel zmarł w 1988 roku w wieku 78 lat. W czasie mszy św. pogrzebowej ksiądz przypomniał wiernym owe wydarzenie i to, że ich brat Czesław uratował z płonącego kościoła samego Pana Jezusa.

Wieczorek poetycki
Parę lat temu, zimowa porą, pod koniec stycznia wstąpiłem do sklepu spożywczego pana Kaczyńskiego (stara poczta) przy alei Wojska Polskiego. Natknąłem się na rozmowę ekspedientki z pewnym człowiekiem, który chciał kupić jakąś bombonierkę dla swojej „Kruszynki”. Kiedy skończyli rozmowę, zrozumiałem, że obchodzą z żoną rocznicę ślubu. Zaproponowałem mu, że napiszę „od ręki” wiersz i mu dam, żeby jej go przeczytał. Usłyszałem pytanie z jego ust: „Jaki?”. Więc zacząłem recytację „Utul mnie tak po prostu, zamknij mój dzień na klucz, do gwiazd odległych daj mi bilet, bez ulg powrotu zbędnych słów”. Usłyszałem nagle pytanie: „Jak się pan nazywa?". Odrzekłem: „Janusz Kulesza”. I tu niemal wykrzyknął: „Ten słynny zambrowski poeta Janusz Kulesza?”. Odrzekłem, że tak. Tu zaczęło się molestowanie, że on mnie wynajmie, zapłaci ile trzeba, abym uświęcił ich wieczór poezją, bowiem jego „Kruszynka” uwielbia moje wiersze. Czytają je wieczorową porą. Szczególnie ten, który zarecytowałem. Zacząłem się wymawiać, że nie mam czasu, mam choinkę w mleczarni. Z końcem uległem. Stanęło na tym, że za 25 minut zapłaci mi 300 zł. „Pal go licho” – pomyślałem. Umówiliśmy się co do scenariusza i podał mi swój adres i termin. Zainwestowałem w to całe przedsięwzięcie ok. 10 zł. Kupiłem w szmateksie całkiem nowy garnitur, buty, krawat, koszulę, doprowadziłem swój wygląd do porządku i o wyznaczonym czasie pojawiłem się przy ul. Bema, gdzie wszedłem do jednego z bloków i zapukałem do drzwi. Stanął w nich mój znajomy ze sklepu. Wręczył mi bukiet róż i wpuścił do środka. Zdjąłem okrycie, po czym wszedłem do środka. Zobaczyłem ławę, 3 kieliszki i jakiś trunek. Za ławą siedział szczupły blondynek. Pomyślałem sobie: pewnie jakiś brat, kuzyn, znajomy. W tym momencie słyszę zza pleców głośny oznajmiający głos: „Kruszynko! Oto sam wielki mistrz Janusz Kulesza we własnej osobie.” Twój ulubiony poeta. Mój prezent dla ciebie. Pomyślałem sobie w owej chwili, że ta „Kruszynka” jest w łazience, gdzie się jeszcze stroi. W tym momencie blondynek wstał zza ławy i zbliżył się do mnie. W mig zrozumiałem całą sytuację. Od pasa w dół zesztywniały mi nogi. W głowie poczułem łomotanie młota pneumatycznego. Uratowało mnie to, że występowałem w Teatrze Form Różnych, który zresztą sam założyłem. Kiedy owy blondynek podszedł, zacząłem głośną recytację wiersza. Poszczególne wiersze wypadały mi z ust jak serie nabojów z karabinu maszynowego. „Utul mnie o tak po prostu”, „Do swoich nocy daj mi klucz”, „Przyjdę do Ciebie pod osłoną nocy”, „Dobranoc Ci Julio”, „Aniołom podobna”. Cały czas patrzyłem w jego niebieskie oczy i pomyślałem sobie: „Mój chlebodawca ma dobry gust”. Pocałowałem w rękę, wręczyłem kwiaty i życzyłem wielu lat w szczęściu i w zdrowiu. Na koniec wypiliśmy po lampce wina. Kiedy wychodziłem, przy drzwiach dostałem kopertę, w której były nie tylko pieniądze, ale i telefon kontaktowy, bowiem mój znajomy złożył mi propozycję. Oboje z „Kruszynką” mają nie tylko w Łomży, Grajewie i Kolnie zaprzyjaźnione małżeństwa, które by mnie chętnie u siebie widziały. Podziękowałem i wyszedłem. Czułem się dziwnie, nieswojo. Pełen zadowolenia, bowiem zarobiłem parę złotych w tak krótkim czasie i sprostałem nieoczekiwanemu wyzwaniu, któremu podołałem. Złożyłem propozycję swojej znajomej pani Basi, abyśmy oboje obskoczyli owe „imprezy”. Pani Basia gra na harmonii, ja recytuję, śpiewam. Taki mały kabarecik, co by się przydał. A pieniądze też. Nie zgodziła się. Kiedy tę historię opowiadam, budzi ogólny śmiech. Jakby nie było, tego jeszcze w żadnym kinie nie grali. Nic nie mam przeciwko gejom, mam znajomego, który nim jest. Zawsze pogadamy, pośmiejemy się. Ja jemu nie ubliżam, on mnie nie nawraca na swoją „wiarę”. Mam życiową zasadę: żyj i pozwól drugiemu żyć.

Żaden pieniądz nie śmierdzi, jednak czasami ...
Rzecz miała miejsce w latach 70-tych. Gospodarz Józef Kalinowski prowadził 7-hektarowe gospodarstwo. Jak to typowy chłop miał konia, 4 krowy, kilka świń, do tego kurzy inwentarz. Pomagał mu dorywczo syn Antoni, który pracował jako elektryk w Zambrowskich Zakładach Przemysłu Bawełnianego.

Zdarzyło się to feralnego dnia, kiedy miała miejsce wypłata. Antoni przyszedł do obory, gdzie stały krowy. Powiesił ubranie, po czym wziął się do pracy. Nie wiadomo jakim cudem wypadł mu portfel z całą zawartością wypłaty. Kiedy to odkrył, zaczęły się nerwowe poszukiwania. Przeszukano oborę, stodołę, wywrócono do góry nogami cały dom. Okazało się, że nie ma. Wypłata przepadła.

Po głębokim namyśle, doszli wszyscy do wniosku, że na pewno portfel zjadła holenderka o imieniu Mećka. Stary Kalinowski słał Mećce jak nigdy dotąd, a gdy ta wydaliła krowie łajno grzebali w nim jak kury. Bez rezultatu, czekając przy tym na kolejną porcję krowich odchodów. Niestety na próżno. Okazało się, że portfel zjadła jej koleżanka ceglasta Basia. Wielka była radość ze znalezionego w łajnie portfela.

Pewien cesarz rzymski powiedział znamienne słowa: „Żaden pieniądz nie śmierdzi”. Wypłata w portfelu prześmiardła, jednak pieniądze w portfelu szybko się rozeszły i poszły między ludzi.


BD






 
Logowanie
Jeśli chcesz obejrzeć zdjęcia w powiększeniu musisz się zalogować.

Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojuego loginu to zarejestruj się. Rejestracja jest całkowicie darmowa i zajmie kilka chwil.
REKLAMA: