REKLAMA:

„Opowieść wigilijna” Janusza Kuleszy

kultura
15.12.2015 r., godz. 13.15
W związku ze zbliżającymi się Świętami Bożego Narodzenia zambrowski poeta-pisarz Janusz Kulesza prezentuje "Opowieść wigilijną". Jak informuje autor, jest to historia, która wydarzyła się w jego życiu.

Opowieść wigilijna


Był grudzień roku 2005. Czas rekolekcji adwentowych. Dzień dnia za oknami tańczył dwucyfrowy mróz, zaś intensywne opady śniegu dawały się we znaki zarówno kierowcom jak i pieszym. Okresowe przebłyski słońca budziły nadzieje na udane Święta Bożego Narodzenia. W taką właśnie niedzielę grudniową wypadło mi jechać w odwiedziny do mojego kolegi Marka L., który był pensjonariuszem Zakładu Karnego w Grądach Woniecko. Okazja była ku temu, bowiem wybierały się tam jego dwie siostry: Ania i Małgosia, która kierowała niebieskim Cinquecento. W Zambrowie jeszcze drogi były w jako takim stanie, podobnie droga do Rutek. W samych Rutkach zaskoczyła nas śnieżyca. Wycieraczki samochodu pracowały non stop. Świat dokoła był cały zaśnieżony. Kilka lat temu jeździłem tędy na ryby, ale wtedy dosłownie zgłupiałem tracąc orientację, gdzie należy jechać. Biel śniegowa zmieniła otoczenie. W pewnym momencie usłyszałem głos Ani - „Zobaczcie tam ktoś idzie. Zapytajmy.” Zaraz też udaliśmy się we wskazanym kierunku. Otworzyłem drzwi ze swojej strony i zobaczyłem jakiegoś dzieciaka. Krzyknąłem: „Daleko do tego pierdla?” Usłyszałem odpowiedź: „Ja tam idę”. W owej chwili dobiegły do mnie słowa kierującej Małgosi: „Wsiadaj”. Zaraz też ruszyliśmy. Droga miejscami była zlodowaciała, wyrobione koleiny utrudniały jazdę tak, że nasza osobówka tańczyła na lodzie zaliczając zakręty i ośnieżony las. Ciepło bijące z samochodu i przyjazna atmosfera sprawiła, że wszystkim rozwiązały się języki.

Okazało się, że nasza przygodna znajoma ma na imię Kasia – mieszka w Domu Dziecka w Hajnówce, gdzie jeszcze jest jej młodsza siostra. Jedzie natomiast do brata, który odsiaduje wyrok, za jazdę po pijanemu rowerem i za coś jeszcze, a ona uciułała ze swojego skromnego kieszonkowego pieniądze, ma też opłatek dla niego i pragnienie, by go zobaczyć i się z nim przełamać. Opowiedziała też, jak trafili do domu dziecka. Ojciec rzucił matkę dla innej kobiety. Matka zaś z tego wszystkiego się rozpiła. I tu rozwiązałem łamigłówkę. Kiedy zobaczyłem ją w samochodzie, moja pierwsza myśl była taka: jaka matka wypuściła tak licho ubranego dzieciaka w taką pogodę? Czapeczka ledwo zakrywała uszy. Licha kurteczyna i botki nie na taką pogodę. Nasza droga wydawała się nam się nie mieć końca. W końcu zapytałem: „Gdzie myśmy wleźli?” Zaraz też usłyszałem głos Ani: „Zobaczcie, tam jakiś chłop stoi”. Kiedy podjechaliśmy, zobaczyłem miejscowego chłopa opatulonego w kożuch. Nasz kierowca Małgosia zapytała go przez otwarte okienko o drogę do Grąd Woniecko. A ten ze zdziwieniem wykrzyknął: „Ludzie, a kto was tu skierował? Musicie się wrócić, skręcić w lewo, aż dojedziecie do głównej ulicy”. I znów droga powrotna zlodowaciałymi koleinami i niebezpieczny taniec samochodu i kolejne niebezpieczne zakręty. Rzuciłem pytanie w kierunku Kasi: „Ja wiem, jak myśmy się tu znaleźli. Ale jak ty tu się znalazłaś?” Zaraz też usłyszałem odpowiedź: „Jakiś pan mnie tu skierował”. I zaraz też mnie nawiedziła taka myśl: „Nie dość, że taka bieda, to jeszcze jej ktoś złą drogę wskazał. Dobrze, że siostry nie wzięła z sobą w tak daleką drogę”.

Po jakiejś pół godziny, może dłużej, znaleźliśmy się pod bramą więzienia. Mnie nie wpuścili. Nie byłem na liście odwiedzających. Czekałem wraz z grupką odwiedzających tupiąc nogami, bowiem mróz dawał się we znaki. Kiedy skończyły się odwiedziny, zobaczyłem moich znajomych znowu. Ania krzyknęła: „Marek cię pozdrawia”. Zaraz też wyszła i Kasia. W drodze powrotnej powiedziała, iż brat jej dał słowo, że więcej nie da się zamknąć. W pewnym momencie Ania, pełna matczynej troski ją zapytała: „Czy ty coś dzisiaj jadłaś?”. Wtedy usłyszałem odpowiedź: „Nie”. „Przyjmij to” mówiąc wręczyła jej część paczki, która nie została przyjęta przez strażników więziennych, po czym dodała: „Takich rzeczy wam w domu dziecka nie dają”. Usłyszałem ciche dziecięce: „Dziękuję”. Potem zapadła w samochodzie cisza. Zapewne każdy z nas myślał o czymś innym. Mnie nurtowała taka myśl: „Gdzie się takie dzieciaki rodzą? Na jakiej planecie?”. Jej postępowanie wzruszyło mnie do reszty. Taki dzieciak a wyruszył sam w nieznane sobie strony. Potem przyszło mi na myśl, iż muszę jeszcze zjeść obiad, iść do kościoła i spotkać się ze swoją narzeczoną Marzeną. Za oknami migały nam ośnieżone pola, lasy i domostwa. Przyszła mi też taka myśl do głowy: „Gdzie ten dzieciak by zaszedł i czy by się spotkał ze swoim bratem, gdyby nie my?” Trudne pytanie, bez odpowiedzi.

Około godziny szesnastej wysadzono nas przy kościele Świętej Trójcy. Właśnie biły dzwony kościelne. Ludzie zdążali na mszę świętą. Zapytałem się Kasi: „Masz jakieś pieniądze na powrót?” Odpowiedziała: „Nie”. To mówiąc oddałem jej wszystkie pieniądze, jakie miałem. Po czym zrobiłem w tył zwrot i ruszyłem w kierunku mostu. Kiedy się odwróciłem zobaczyłem jej ginąca w oddali sylwetkę. Nie wiem, jak dojechała do Hajnówki i czy ktoś jej jeszcze tego dnia pomógł. Wiedziałem jedno, że Jezus Chrystus nie urodził się 24 grudnia. On się rodzi cały czas w sercach ludzkich. Dzisiaj narodził się pośród nas, ludzi dobrej woli. To on pokierował tak, iż spotkaliśmy na swojej drodze Kasię. Nie da się tego inaczej wytłumaczyć.

Zawsze kiedy przychodzi grudzień - czas adwentu, ta historia do mnie wraca jak bumerang i chętnie ją opowiadam. Dziś chciałbym się nią podzielić ze wszystkimi internautami. Jeszcze jedno. Nie potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego wtedy w Rutkach straciłem orientację. To wydaje się po prostu być niemożliwe. A jednak.


BD






 
Logowanie
Jeśli chcesz obejrzeć zdjęcia w powiększeniu musisz się zalogować.

Jeżeli nie posiadasz jeszcze swojuego loginu to zarejestruj się. Rejestracja jest całkowicie darmowa i zajmie kilka chwil.
REKLAMA: